Marzenia. Część pierwsza.

Dzień dobry! Po niespodziewanym i niebywałym, pozytywnym odzewie na ostatni mój post w końcu z powrotem wylądowałem na podłodze :) Dziś będzie dosyć nudno, szczególnie dla moich przyjaciół koncertowych, którzy to koncertują ze mną regularnie, czy raczej ja z nimi, bo z niektórymi nie mogę się nawet równać w ilości koncertów, więc moi mili, Wy sobie możecie odpuścić od razu, bo będzie o Metallice:)

Życie bywa bardzo nieprzewidywalne, to pewnie wiemy wszyscy, ale z reguły skupia się to na tych negatywnych odczuciach. Ja natomiast skupię się na tych pozytywnych, dzięki którym nie dość, że spełniłem największe z marzeń, to na dodatek całe zamieszanie jakie się dzieje od kilkunastu lat w moim życiu, pozostawiło przy mym ramieniu wielu przyjaciół. Najprawdziwszych przyjaciół.
Pamiętam swój pierwszy koncert na który wybrałem się sam do katowickiego Spodka. The Prodigy. Miałem straszną korbę na ich punkcie. Firestarter, Breathe, Smack my bitch up, kawałki, które robią hałas do dnia dzisiejszego. Miałem niesamowitą ochotę posłuchać ich na żywo. Nikt nie chciał iść, więc powiedziałem sobie "pierdolę, to idę sam". I poszedłem. Co za uczucie, rozrywający płuca bas i moi idole na żywo, ja gdzieś w tłumie, 16 latek. gówniarz, ale jaki szczęśliwy. Potem była przerwa. Po drodze w Spodku mieli wystąpić LIMP BIZKIT, w czasie gdy dawali zajebiste koncerty, aczkolwiek z zastępczym gitarzystą Mike'm Smithem. Nie przeszkodziło mi to w oczekiwaniu na najlepszy koncert jaki miałem przeżyć. Przeżyć przeżyłem, ale nie koncert...Jakiś cymbał zadzwonił do Spodka wywołując alarm bombowy. Boże, jaki ja byłem zawiedziony, byłem przy barierce, głośniki z logo zespołu, bębny, sprzęt Dj Lethala, mikrofony, gitary i jakiś matoł spierdolił mi imprezę życia.
31 maja roku 2004 z kolei miała wystąpić Metallica. To był hit, to było ciśnienie. Koncert na który wybrałem się sam i który całkowicie jak się później okazało zmienił moje życie. Metallikę lubiłem, ale nie byłem jakimś wielkim fanem. Poszedłem na koncert, bo fajny zespół, no i grał 300 metrów od mojego bloku. Nie wiem co się stało, że mnie tak bardzo pierdolnęło, ale to było takie WOW, znam ich z telewizji, fajnie grają, a tutaj są praktycznie u mnie na osiedlu w obecności 60 tysięcy ludzi. Po tym koncercie zacząłem odkrywać zespół, odkrywałem go w taki sposób jakbym zdobył coś nie do zdobycia, zastanawiając się jak mogłem czekać na to tak długo? Każdy mniej popularny kawałek, który odkrywałem i niesamowicie mi się podobał to było takie bardzo osobiste przeżycie, taka radość, trudno to opisać, w każdym razie z miesiąca na miesiąc kochałem muzykę Metalliki coraz bardziej i bardziej. Z rosnącym uwielbieniem zaczęły rosnąć chęci na kolejny koncert, co na tamtą chwilę wydawało się bardzo odległym marzeniem, byłem w Szkocji, w złych chwilach, w chwilach zwątpienia była ze mną Metallica, w słuchawkach mojego mp3 podczas spacerów i na youtube w bibliotece miejskiej. Kiedy szkot obok oglądał jakieś pornole (nie było blokady?), to ja odpływałem przy I Dissapear z koncertu Pittsburgh 2004. Zaplanowałem sobie, że pojadę na koncert na Wembley w 2007, ale życie sprowadziło mnie na ziemię. Wróciłem do Polski. Na własne życzenie, ale to jest w tej akurat historii mało istotne. Wróciłem do domu z tysiącem myśli, byłem w Polsce, gdzie moim największym życiowym marzeniem było zobaczyć znów Metallikę, ale teraz nie z ciekawości, teraz z wielkiej miłości, z wielkiej pasji. To była rozpaczliwa chęć. Okazało się, że jedna z firm organizuje przejazd na koncert do Wiednia. Z perspektywy czasu wydaje się niedaleko, wtedy? Wydawało się czymś nieosiągalnym, szczególnie przy lekkim rozbiciu po powrocie i takie tam. Udało mi się załatwić formalności dotyczące transportu, biletu i pojechałem, sam. W drodze poznałem fajnych ludzi, z którymi spędziliśmy ten dzień razem. Zresztą kontakt mam do dnia dzisiejszego i do dziś przeżyliśmy wiele ciekawych rzeczy związanych z koncertowaniem. 5 lipca 2007. Wiedeń. Byliśmy dosyć wcześnie. Trochę pozwiedzaliśmy, po czym wcześnie udaliśmy się pod bramy. Udało nam się dobiec do barierek graniczących z sektorem pod sceną, czyli byliśmy na płycie dosyć blisko, ale nie najbliżej, ale to również jest mało istotne. Byłem tam! Uprzedzając fakty, byłem na 15 koncertach Metalliki do tej pory, ale tamten, wiedeński, był jedyny i niepowtarzalny, mimo, że w późniejszym czasie przeżyłem o wiele wiele więcej pięknych chwil. Tamten koncert, wtedy, w Wiedniu, kiedy Metallica wyszła na scenę, kiedy zobaczyłem Larsa za bębnami, puściły we mnie wszystkie emocje. Płakałem jak dziecko w amoku, ze szczęścia. Poczułem co znaczy spełnić marzenie. Nie umiałem się opanować z płaczem, nie kumałem w ogóle co się dzieje, bo płakałem. To dosyć popierdolone jak się spojrzy z boku, ale dla mnie niezwykłe, osobiste i piękne. W tym strasznym ścisku przeżyłem najlepsze chwile swojego życia. Była też jedna sytuacja, gdzie jakiś azjata chciał się dostać do barierek i krzyczał "I'm sick, I'm sick". Powiedziałem mu żeby spierdalał, ale on rzeczywiście chyba był sick, bo go wynosili na noszach :( No ale w szoku byłem, więc nie myślałem, czy on kombinuje, czy nie. Po koncercie, co również doskonale dziś pamiętam, wyszedłem w tym całym amoku i nie wiedziałem gdzie iść. Stanąłem i myślę "kurwa, gdzie ja jestem? Którędy wchodziłem? Gdzie nasz autokar?" Totalny rozpierdol w głowie. Ale tego nikt mi w życiu nie zabierze, chyba, że Alzheimer.
Potem już poszło, rok 2008, gdzie poznałem w końcu większość ekipy Overkill.pl na koncercie w Chorzowie, mega gorąc, a my mieliśmy za zadanie przetransportować na płytę ponad 30 metrową flagę zrobioną na szczególną okazję, którą był koncert. Oczywiście straż pożarna się przypierdoliła i zakazała wniesienia flagi, ale odpowiednie osoby powiadomiły odpowiednich ludzi z ekipy Metalliki i wszystko dopięto na ostatni guzik, a ja w ramach podziękowania za małe zaangażowanie przy akcji z flagą otrzymałem opaskę na sektor pod sceną, co było dla mnie jak nietrudno się domyślić najcudowniejszym prezentem jaki mogłem otrzymać. O naszej fladze wspominał nawet James Hetfield w którymś z wywiadów. Ale mimo wszystko koncert wcale nie był najważniejszym wydarzeniem. Najważniejsze wydarzyło się dzień wcześniej.
Siedząc u znajomych na kawie, paląc jeszcze wtedy papierosa na balkonie z przyjacielem, (który okazało się był fanem Metalliki, a poznaliśmy się jako partnerzy swoich ówczesnych kobiet, które się przyjaźniły) usłyszeliśmy Metallikę, no i tak sobie mówimy "hehe, brzmi jak na żywo hehe". Kurwa, to jest na żywo!! Nie minęła minuta kiedy byliśmy już w drodze pod stadion posłuchać próby na żywo! Na dodatek kumpel, którego poznałem przy okazji koncertu w Wiedniu dzwoni do mnie, że zapierdala pod stadion. Tam dowiedział się, że Metallica stacjonuje w hotelu w centrum Katowic. Oczywiście ruszyliśmy od razu! Ja w podkoszulku z Auchan z pięknym nadrukiem RUNNING POTATOES, z którego znajomi śmieją się do dziś, ale nieważne, była szansa spotkać zespół, u mnie w mieście...Nierealne! Przyjechaliśmy pod hotel, cisza, spokój, kilkanaście osób. Mój kolega co chwilę gonił każde auto mając nadzieję, ze to ktoś z Metalliki, no ogólnie atmosfera podniecenia, bo widząc garstkę ludzi, wiedzieliśmy, że tu będzie nocował zespól, tym bardziej, że jeden gość chwalił się autografem od Kirka, który rzekomo już jest w hotelu. Wyszedł do nas nagle jeden ochroniarz, JEDEN i ze spokojem oznajmił, żeby zachowywać się kulturalnie, ustawić się w jednym rzędzie i jeżeli członkowie zespołu będą mieli ochotę, to na pewno podejdą, podpiszą kartki i chwilę pogadają. No to w tym momencie się już zesrałem. Kurwa to się dzieje naprawdę, widzę policyjne koguty, widzę między nimi jakiś czarny, zajebisty dyliżans, wychodzi Robert, basista! Ja pierdolę to on, widzę go! Jak małe dziecko znów mam euforię we łbie, podchodzi do nas, uśmiechnięty, niewysoki gość, skromny, kurwa on gra w jednym z najbardziej znanych zespołów na świecie, a zachowuje się jak nieśmiały nastolatek. Zdjęcie, autograf, wow! mam to! Potem miał przyjechać Lars, czyli perkusista, czyli ktoś na kogo czekałem najbardziej. Czas upływał, co chwilę telefony gdzie jestem i że dziewczyna chce już jechać do domu, ja pierdolę, kobieto, ja tu marzenia spełniam! No nie pojechałem, zostałem, czekałem. Jedzie! znów, policja, czarny dyliżans, zatrzymuje się! Drzwi się otwierają, widzę Larsa, to absurd, bo to tylko człowiek, je, sra, śmierdzi jak się nie umyje, ale z drugiej strony dzięki niemu między innymi zmieniło się moje życie! No i patrzę, dalej gada przez telefon, wysiada, gada, myślę sobie, że nas oleje, przejdzie bokiem, ale to i tak mnie cieszyło, że go miałem na wyciągnięcie ręki. Lars zbliżał się do nas, gdy już był tuż przy nas, zakończył rozmowę, spojrzał na zegarek, spojrzał na nas : "Nie ma nic ciekawszego do roboty w Katowicach o tej porze?" No i atmosferę wyluzował w moment, zdjęcie, autograf, nie wierzyłem w to!
W ten sam wieczór miałem jeszcze okazję napić się z perkusistą Machine Head, ale że jestem miękką pizdą, to nie miałem odwagi dołączyć do imprezy :)
To tyle na dziś, jutro wieczorem dopiszę resztę, a jest co dopisywać, bo to jak się okazało był pierwszy szczebel drabiny marzeń :) Załączam do tematu zdjęcie z wielką flagą (którą każdy z nas podpisał i trafiła ona do siedziby Metalliki), oraz sławne zdjęcie z perkusistą Metalliki w przepięknym podkoszulku, miętoląc kartkę z autografem :) (Stylówa w ogóle boska :D )