Dzień dobry, na wstępie dodam, że tekst będzie pisany językiem amatora, bardziej na podstawie uczuć towarzyszących utworom, niż na podstawie profesjonalnej analizy :)
Okej! Coma! Zespół dla gimbazy! Dla romantycznych nastolatek, które siedzą na łące z żyletką i rozmyślają nad egzystencją. Muzyka dla pryszczatych, zakompleksionych ludzi, stłumionych walcem zwanym życiem.
NO KURWA NIE BARDZO! :)
Pamiętam jak pierwszy raz usłyszałem Comę w drodze na weekendowy wypad. Było ciepło w chuj. Przesiadłem się z zajebistego dyliżansu zwanego pociągiem osobowym, do eleganckiej Deawoo Nexii, którą to wraz z Pawłem i naszymi ówczesnymi dziewczynami ruszyliśmy po skrzynkę piwa :) No i Paweł, zajarany mocno nowo odkrytym zespołem, zapuścił mi kawałek. "Zbyszek". Hm, no, spoko, ale żeby mi specjalnie dupę urwał to raczej nie. No i w sumie wtedy odpuściłem temat, ale powróciłem, bo nie dawało mi to spokoju.
No i się zaczęło! Do dnia dzisiejszego na moim koncie jest około 40 koncertów Comy, co jest takim wynikiem idealnym, bo nie o statystyki tu chodzi.
Coma jest doskonałym zespołem z tego względu, że :
Koncerty są bardzo energiczne, każda trasa jest urozmaicona zajebistymi aranżacjami, strojami, choć przyznam, że okres koncertowy po wydaniu ostatniego, "Czerwonego Albumu" zaczynał mnie niepokoić i powodować ból żołądka. Jeszcze chwila i bym rzygnął. Ale w tym momencie właśnie pojawia się zawsze jakaś świeżość, a to cieszy, bo w swoim dorobku zespół ma wiele kawałków, które ze względu na różnorodność są oczekiwane przez różne grupy fanów. No i tak przykładowo ja czekam na koncertach na FTP, a gimbaza wiecznie drze mordy o "100 tysięcy" , które notabene jest koncertowo doskonałe...(ale nie ma się co do tego przyznawać, skoro mnie wkurwia, że młodzież zawsze się domaga tego kawałka haha).
Aranżacje, które zmiażdżyły mi cyce jak mammograf.
1. Schizofrenia. Niesamowite jak chłopaki oddali klimat głównego bohatera, światła, motyw gitary basowej, ciszy, plus doskonały Roguc. Ile ja bym dał żeby wyjebać z sali tych baranów, którzy nie umieją się wczuć w klimat. Jakiś najebany Janusz drze kniape, 15 letnia Kasia piszczy jak pojebana, podczas gdy ja mam zamknięte oczy i słucham jak bas wbija mi się w uszy,reszta gitar jak igiełki akupunktury w tle, a Roguc powoduje, że czuję się nieswojo, jakaś taka schizofrenia :) Przepiękna aranżacja, przepiękna!
2. Zbyszek. Kolejny zamiatacz koncertowy. Był czas, gdzie na wstępie był popis M&M's :) czyli Marszał i Matusz w natarciu. Bas i bębny, no i potem reszta gitar. Jasny chuj jaki to ma pazur na żywo! Jest zagrany ciężej, mocniej, riffy są gęste, o wiele bardziej gęste niż na płycie!
3. Ostrość na nieskończoność. Sam kawałek w sobie jest zajebisty, ale na koncertach motyw, który na płycie zaczyna się od 2:50 min. ( a apogeum osiąga 3:32, wtedy mam dokładnie takie samo odczucie jak słuchając fragmentu Metalliki To live is to die w 4:57 min), powoduje u mnie klasyczne uczucie, czyli zwyczajnie się wzruszam przy muzyce :)
W sumie to lista mogłaby być długa, jeżeli chodzi o aranżacje, więc może utnę temat konkretnych kawałków, a skupię się na jednej mini trasie, która odbiła się na mojej psychice.
COMA POWER OFF.
Był taki sezon, gdzie zespół zagrał "bez prądu" na kilku koncertach. Szedłem na to wydarzenie mało podekscytowany, ale ciekawy. Koncert odbył się w Górnośląskim Centrum Kultury. Na drugi dzień wypierdoliłem jak z procy na kolejny koncert do Krakowa.
Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem dlaczego zespół nie powtórzy choć JEDNEGO koncertu w takich aranżacjach jak wtedy. To był najlepszy koncert Comy na jakim byłem. Kilku muzyków z orkiestry, plus Coma akustycznie. Pomidorowa mojej mamy nie jest tak smaczna jak tamte wykonania dobrze znanych kawałków. (Mamo przepraszam! )
Spodziewałem się na tych koncertach zwyczajnie zagranych utworów, tylko, że lżej. Gdybym wiedział, że szczęka mi pierdolnie o podłogę, to bym sobie zawiązał jakoś twarz, żeby mniej bolało.
Daleka Droga do domu - RADIO EDIT. Tekst super, ale muzycznie jak dla mnie lekka pedaliada do radia.
Akustycznie...To jest nie do opisania co wtedy czułem, jak bardzo byłem rozjebany, zresztą na koncertach chłopaki też to grają prawie akustycznie, ale nic nie przebiło wersji Power Off do tej pory.
Reszta kawałków całkowicie odmieniona, z największym koncertowym popisem Roguca "święta" :)
To była trasa, której się na pewno nikt nie spodziewał. Błagam wróćcie do tej koncepcji!!!
Powracając do ogólnej oceny zespołu, to martwią mnie dwie rzeczy.
Pierwsza to ocenianie zespołu przez pryzmat wokalisty. Nie jest to odosobnione zjawisko. Najbliższy przykład to moi przyjaciele z Alkoholiki. Tylko Sasim i Sasim. To jest zespół kurwa, złożony z członków, który każdy daje z siebie coś, co tworzy ogół zajebistości.
Z Comą jest podobnie, Roguc to, Roguc tamto. Ludzie mam wrażenie ujebią sobie jedną osobę i to wystarczy. Bo Roguc znany, bo Roguc śpiewa. Jak pisałem wyżej, nie jest to nic nowego, ale że ja zwracam uwagę na wszystko, co w zespole gra, to nie mogę obok tego przejść obojętnie, bo uważam, że siła Comy polega na wielu smaczkach muzycznych, a w sumie przede wszystkim na tym.
Spójrzcie na kawałek Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków (tak, kocham te 2 kilometrowe tytuły :D )
Omawiany utwór ma 14 minut. Czternaście kurwa minut. Jak to możliwe, że się nie nudzi?
Tadaaaaam : COMA. W pigułce. 14 minutowej pigułce. Co tam się odpierdala, to jest majstersztyk.
Kawałek który się rozkręca wolno i pięknie, z delikatnego na coraz cięższy, owinięty klimatycznym wokalem. Jak dla mnie jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy kawałek zespołu. No bo weź kurwa graj przez 14 minut i wbij słuchacza w ziemię. No niewielu potrafi.
Zresztą jest mnóstwo kawałków, przy których można się rozpływać.
Sierpień - czysty wokal, w zwrotce gitary w tle, które nadają klimat, przy którym można się rozpłynąć, no i do tego ciężki riff, coś co kocham.
Zresztą wszystkie płyty Comy takie są. Mam ochotę pierdolnąć sobie coś mocnego, odpalam Trujące Rośliny, Transfuzję, Pierwsze wyście z mroku, Angelę, Deszczową, czy System. Chcę sobie pochlipać do poduszki, czy odpłynąć, proszę bardzo : Ocalenie, Pasażer, Ostrość na nieskończoność, Listopad...
Osobne zdanie poświęcę płycie, która moim zdaniem jest najciekawsza w dorobku zespołu. Wydaje mi się, że jest to takie zebranie całego surowego klimatu, wszystkich pomysłów i wrzucenie do maszyny profesjonalizmu. Hipertrofia! Różnorodność na tej płycie przechodzi ludzkie pojęcie.
Mamy tam wszystko. Przede wszystkim mnóstwo kawałków, co już pozwala na znalezienie czegoś dla siebie.
Mamy klimatyczne: Ekhart, Widokówkę, Nadmiar (bardzo niedoceniany kawałek, bardzo.), Lśnienie, Archipelagi ( Bas!), Popołudnia bezkarnie cytrynowe (gitary mega klimat), Cisza i Ogień (typowa Coma :) )
Energiczne, mocne, soczyste riffy i mocne bębny: Trujące rośliny (jeden z najlepszych w całej dyskografii), Transfuzja (na koncertach rozpierdol, jak i na płycie), Świadkowie schyłku... (pierdolę nie piszę). Piękne bębny, bas standardowo wyrazisty i główny riff też przezajebisty. Wola Istnienia również godna :)
Eksperymentalne: Osobowy, Emigracja, Parapet. Mnie osobiście wkurwiają i zamulają, ale wiem, że mają wielu zwolenników.
Podsumowując. Nie rozumiem skąd tyle niechęci do zespołu, krytyki za teksty, że muzyka niby dla jakichś sfrustrowanych ludzi.
Może lepiej "Pokaż na co Cię stać, ale nie jeden raz, słuchaj jaj jaj?"
No jednak wybiorę "znam drogi wiodące do dna ..."