Motorniczy, ty chuju!

...powiedział typ, co może, ale niekoniecznie zakupił bilet na jedno miasto i udał się w podróż tramwajem pięć przystanków.

  Długo czekałem żeby ruszyć ten temat, no i chyba przyszedł czas. Czy na pewno, okaże się jak skończę pisać.

 Tramwaj. Puszka na kółkach, jeżdżąca sobie po torach, dzwoni, wkurwia ludzi, wymusza pierwszeństwo, nie przyjeżdża na czas, w zimę nie grzeją, w lato grzeją. I tak kurwa do zajebania, jak mawiał filmowy klasyk z "Nic śmiesznego". 
No i najzabawniejsze ze zdań dotyczących pracy motorniczego : TO MA BYĆ CIĘŻKA PRACA? Jeździsz sobie po torach i otwierasz drzwi. Luzik.

KURTYNA KURWA...

Po zakończeniu pracy w pewnej miłej firmie, kiedy po 30 tym roku życia zorientowałem się, że jestem delikatnie mówiąc mało stabilny zawodowo, postanowiłem zmienić nieco taktykę i obrać konkretny kierunek. Stanęło na kursie szkolenia motorniczych. Rozmowa kwalifikacyjna, przyjęto mnie. Super!
Ogólnie koszt takiego kursu jakby ktoś nie wiedział, to kilka tysięcy złotych. Jest prawdopodobieństwo pokrycia tej kwoty przez Urząd Pracy, ale tutaj trzeba spełnić kilka poważnych warunków. I wystarczy.
Żartuję, nie wystarczy. Jeszcze trzeba trafić na odpowiedni okres, bo może się okazać, że "nie majom pinindzy". Niebywałe, ale jednak! Uruchomili dotację w dzień rozpoczęcia kursu, kiedy własnie o ten jeden dzień jest już za późno. Cóż za kurwa przypadek...Ominę tę kwestię, bo dbam o ciśnienie. Swego czasu obszernie opisałem temat, no ale zniknął.

Wracamy do kursu.
 Jako, że jest to chuja warta praca dla prostych ludzi, to wiadomym jest, że kurs to formalność, trwa kilka dni, bo przecież wsiadasz, jedziesz i otwierasz drzwi...
 No, także tego. Zacząłem kurs w styczniu, egzamin miałem pod koniec kwietnia. Zdane za pierwszym razem z maksymalną ilością punktów.
Dla tych, co nie wychwycili ironii (po niektórych komentarzach pewnego wpisu powiedziałem sobie, że czasem będę wyjaśniał co jest ironią, a co nie, bo czasem wpadnie mój blog w niepowołane ręce kogoś z IQ szczoteczki do zębów) uświadamiam, że sam kurs trwa 3 miesiące, z czego 2 miesiące jest praktyka, czyli jazda, naprawa, sprzęganie wagonów, holowanie, i tak dalej.

Nie będę się wgłębiał zbytnio w techniczne aspekty, czyli nie będę opowiadał o budowie tramwaju, choć to bardzo ciekawe rzeczy. Nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo trzeba uważać na to, żeby Cię nic nie poraziło :)
Ogólnie to taka kilkunastu tonowa zabaweczka. Mówimy ciągle o tramwaju, nie o jeździe, nie o trakcji, nie o torowisku, nie o sygnalizacji drogowej, nie o sygnalizacji międzymijankowej, nie o zwrotnicach ostrych, nie o izolatorach sekcyjnych, nie o pętlach indukcyjnych, nie o pantografach, nawrotnikach, czuwakach, blokadach jazdy, bezpiecznikach, maszynkach drzwiowych, nastawiaczach, hamulcach awaryjnych, luzownikach, grupach silników, bateriach akumulatorów, sprzęgach, cofaniu z pulpitu, wykolejeniach, kontrolach, karaniu motorniczych, czy w końcu wspaniałej współpracy z pasoż...yyy z pasażerami.

Praca. Przeważnie, najczęściej wyjazdy są od godziny 4:00 i tak jeden za drugim. Punktualność jest niezwykle ważna, bo może zaważyć na czasie przejazdu całej linii złożonej z kilkunastu jednostek, które mają dokładnie rozplanowany rozkład jazdy.
Wyobrażacie sobie wstawać do pracy o godzinie 2 w nocy, 3 w nocy, półprzytomni brać prysznic i ruszać do pracy po to, żeby po jakimś czasie dopiero Was zawozić zamulonych do pracy? Wyobraźcie sobie, że jedziecie o 7:30 tramwajem na 8 rano, a ja w tym czasie machnąłem już ze 3 kółka, wstając od Was 5 godzin wcześniej. Pikuś, ale przecież sam to wybrałem. Jest to prawda, ale nie jest to powód, żeby mnie jebać jak psa z byle okazji. A ludziom niewiele trzeba. Nasz naród upodobał sobie postawę roszczeniową w każdej gałęzi życia społecznego. Gość kupi bilet za 3,20, jesteś jego sługą, bo on zapłacił. Może Ci nawbijać od grubych pedałów, co miało miejsce w mój pierwszy dzień pracy :)
Wyobraźcie to sobie. Mam się za inteligentnego człowieka, mam swoje zasady, jestem dobrym człowiekiem, a tu podchodzi do Ciebie jakieś pijane ścierwo i wbija Ci od pedałów. Co ja mogę zrobić? Nic...
Nie wiem skąd się wzięło przekonanie u ludzi, że praca motorniczego, to praca dla baranów, którzy nic nie umieją robić. Jestem przekonany, że 100% tych, którzy tak twierdzą, nie mając styczności z tramwajami, nawet nie umiałoby włączyć wagonu, a po ruszeniu wypierdoliliby się na pierwszym zakręcie.

Podczas jazdy trzeba zwracać uwagę na wszystko. Żeby nie połamać pantografu, na zwrotnicach, żeby jechać z odpowiednią prędkością, na niektórych dodatkowo z owiniętym różańcem wokół ręki, bo są w takim stanie, że nawet jadąc z prawidłową prędkością można się wykoleić. Trzeba nieustannie oglądać torowisko, czy nie ma podniesionych szyn, czy nie ma przerw w torowisku, czy nie wisi jakiś element trakcji, pomijam, że cały czas trzymamy nogę na tzw. czuwaku, czyli na urządzeniu, które podczas puszczenia go w czasie jazdy powoduje opadnięcie hamulców szynowych, co w nowych tramwajach skutkuje koktajlem z pasażerów.

Do tego dochodzi obserwacja tego, co się dzieje wokół nas na drodze. Nieprzytomni piesi chodzący ze słuchawkami, co jest niezwykle częstym zjawiskiem. Miałem sytuację na nauce jazdy, gdzie wzdłuż jadącego tramwaju szła chodnikiem dziewczyna. Idzie, idzie, idzie, nagle JEB, skręca w lewo, na torowisko...Wyhamowałem, ale stan przedzawałowy miałem jeszcze dobre pół godziny. Bardzo nieprzyjemne uczucie, a tym uczuciem jest bezradność. Dlaczego bezradność?
Z prostej przyczyny. Tramwaj to nie samochód osobowy z hamulcami, które naciśniesz i stajesz w miejscu po 5 metrach.
To jest kilkanaście ton żelastwa. Kiedy puszczasz wszystkie hamulce awaryjne, pozostaje Ci czekać na rozwój wydarzeń. Nie skręcisz, nie zaciągniesz ręcznego, czekasz i patrzysz modląc się żeby wyhamować, a jedyne co zdążysz wypowiedzieć jak coś/ktoś Ci niespodziewanie wyskoczy to "ja pierdolę..."

Oczywiście kierowcy mają całkowicie odmienne zdanie na temat hamowania tramwaju, w związku z czym często się po prostu wpierdalają przed tramwaj, mając jakieś chore przeświadczenie, że tramwaj jest z tektury i wyhamuje siłą wiatru. No kurwa nie bardzo ...

Dodam, że sytuacji, które mogą zakończyć się tragicznie jest kilkanaście dziennie. Naprawdę, szczerze.
Bezmyślność ludzi jest niebywała, niebywała! Totalnie pomijam nieznajomość przepisów ruchu drogowego.
Chodzi o zwykłe myślenie...Pomyślcie jak wygląda tramwaj, a jak samochód.
Tak jakby Tyrion Lannister miał się napierdalać z Górą.

Do tego dochodzi spina z wątpliwą jakością taboru, spina z rozkładem jazdy.

Doszliśmy do punktu, gdzie można ładnie to wszystko podsumować i porównać z tym, co ludzie myślą na temat prowadzenia tramwaju.

Musisz wstając w środku nocy być wypoczęty, trzeźwy, na pełnej koncentracji wozić bezpiecznie pasażerów przez 8-10 godzin, często nieklimatyzowanym wozem, który ledwo jeździ. Musisz nasłuchiwać komunikatów, jeździć zgodnie z rozkładem jazdy, musisz mieć oczy w dupie, uważać, żeby ktoś nie wybiegł, nie wyjechał niespodziewanie. Ktoś może zasłabnąć w tramwaju, do kogo ludzie przyjdą? Do Ciebie. Ktoś będzie się awanturować, ktoś się zrzyga, ze wszystkim pójdą do Ciebie. Jeździsz 10 godzin w kółko na pełnej koncentracji, obserwując dziesiątki istotnych rzeczy wpływających bezpośrednio na bezpieczeństwo pasażerów, pieszych, kierowców, ale i tak jesteś zwykłym chujem motorniczym co sobie jeździ i otwiera drzwi. Przykre...

P.S. W lato kurwa jego mać nie grzejemy, tylko odprowadzane jest ciepło z silników, w taki właśnie sposób, że odczuwa się to jakby było włączone ogrzewanie. Ale pewnie "głupi chuj włączył".