Człowiek ze wsi wyjedzie....

  A ja się zastanawiam: Po co?

Od dziecka, ba, od urodzenia mieszkam na osiedlu, na jednym z największych osiedli w Polsce.
Nie przejmowałem się tym zbytnio, nie zastanawiałem się nawet nad tym, jak by mogło się żyć w miejscu spokojniejszym niż osiedle.

Od małolata przechodziłem wszelkie etapy blokowych zwyczajów. Goniliśmy się po piwnicach,
graliśmy w piłkę gdzie się dało, graliśmy w chowanego, dziewczyny skakały w gumę, wkurwialiśmy sąsiadów, rzucając śnieżkami w okna. Osiedle tętniło życiem, naprawdę, tętniło. Pod każdym blokiem były dziesiątki małolatów, drzwi były dla każdego otwarte, podczas zimy nie było miejsca na górce żeby zjechać bezproblemowo na sankach.

Potem przyszły czasy blokersa haha. Tak mnie kiedyś jeden sympatyczny policjant opisał. "Pan jest blokersem". Zapytałem, czy jakbym mieszkał w domu, byłbym domersem? No, ale chodziło o to, że miałem bluzę z kapturem....Także tak, definicja blokersa. No ale okej, z gonitwy po piwnicach przenieśliśmy się na domówki, na libacje w blokach, oczywiście z szacunkiem dla sąsiadów. Zawsze butelki, puszki, wynosiliśmy grzecznie w workach na śmieci, a potrzeby załatwialiśmy również kulturalnie na zewnątrz budynków. Sąsiedzi nas znali, bydła nie robiliśmy, a sąsiedzi nigdy nie dzwonili po służby, bo zwyczajnie nie było takiej potrzeby. Przynajmniej nie w moim przypadku.
Tych czasów nigdy nie zapomnę i zawsze będę wspominał z wielką radością.
Mecze, niekończące się mecze na boisku szkolnym...

No i chuj. No i cześć. Po sielance czas na drugą część mojego wpisu.
Dorosłość.
Mam 34 lata, kurwa, mam naprawdę 34 lata...Mając 15 lat, uważałbym siebie za dziada, choć patrząc jak mi doskwiera kręgosłup. to wiele bym się nie pomylił w ocenie. Ale to nie kącik emeryta rozmawiającego o dolegliwościach. Wracamy więc do wątku, który chciałem poruszyć w sumie od samego początku, ale standardowo musiałem odjechać z tematu o jakieś 20 lat :)

Zachwyt nad osiedlami. Budowanie nowych osiedli, upychanie nowoczesnych bloków wśród starych osiedli.
Gdy stawiali nowe budynki, pukałem się w głowę i śmiałem pod nosem, pytając się retorycznie "po co ?"
Mógłby wtedy przyjść jakiś deweloper i w moim stylu odpowiedzieć "po gówno naiwniaku". No i po czasie okazałoby się, że zgasił mnie jak peta w popielniczce.
Wszystkie mieszkania zarezerwowane, wykupione, a ja się zastanawiam: JAK TO?

Kogoś ciągnie do betonowej dżungli? Naprawdę?

Patrząc teraz na to dorosłym okiem, wygląda to jak getto.
W jednym bloku co najmniej 168 mieszkań. Kilkaset osób w jednym tylko budynku, różnych osobowości, z różnym wykształceniem. Patola, ludzie po doktoratach, niemowlęta, dziadkowie.
Do tego dochodzi metraż. Średnio niecałe 50 metrowe mieszkanie, za które trzeba zapłacić niebywałe pieniądze. Powiedziałbym, że za połowę tej ceny wybudowałbym dom o takiej samej powierzchni. Z tym jednym szczegółem. Dom mogę zawsze rozbudować, mogę chociażby postawić blaszane pomieszczenie gospodarcze. Co mogę zrobić w bloku? Co mogę zrobić z 50 metrami kwadratowymi? Przecież nie rozciągnę ścian.

Wychodząc na balkon, czuję się jak między slamsami i nie mam na myśli tutaj negatywnego wydźwięku. Mam na myśli to, że jest to jedno, wielkie skupisko ludzi, gdzie patrzysz drugiemu w okno, ktoś widzi jakie suszysz pranie, ktoś widzi, kiedy się przebierasz. Nawet słychać jak sąsiadka się dyma dwa bloki dalej...Raz miałem taką sytuację, że kobieta krzyczała tak głośno, w dzień, że chciałem wzywać pogotowie, bo myślałem, że ktoś ją morduje, ale jak z krzyku "AAAAAAAAAAAAAAAAA" usłyszałem za chwilę "TAAAAAAK! TAAAAK!" zrozumiałem, iż nikt nie robi jej krzywdy. Do tego dochodzą wszelkie możliwe odgłosy sąsiadów nade mną, pode mną, z lewej strony, z prawej i naprzeciwko. Ktoś rano sra, słyszę, pewnie z wzajemnością, ktoś słucha kabaretu o północy, słyszę z piętra wyżej nawet śmiech widowni, ktoś jara, gotuje jakieś egzotyczne potrawy, nie wywietrzysz...Ktoś rozmawia na ławce w nocy, na szóstym piętrze słyszysz to tak, jakby siedzieli u Ciebie na balkonie.

Masz auto i nie masz garażu, lub wykupionego miejsca na parkingu strzeżonym, zapomnij, że zaparkujesz bez problemu po 18 godzinie. No chyba, że jesteś fifarafa, tępy chuj i wjeżdżasz na trawnik, bo przecież Ty możesz. No, ale ja nie wjeżdżam, więc się męczę.

Wyjeżdżasz do pracy rano, jedziesz kilka kilometrów pół godziny, bo korki, bo miasto sparaliżowane, a jak już lekko kropnie deszcz, to już jest paraliż na pół województwa.

I jak teraz zbić te minusy jakimiś plusami?
Wstajesz na wsi rano, patrzysz za okno, pole, cisza, popierdala sarna, zające. Cisza, nie ma ludzi.
Wychodzisz na śniadanie do altany, cisza, nie ma ludzi, cisza...

Wieszasz pranie, w chuj prania, wszędzie pranie, gdzie tylko chcesz! Nie ogranicza Cię suszarka, krótki sznur, czy suszarnia. Ubrania nie nasiąkną Ci petami sąsiada, albo przyprawą "czar indii".

Nie zastanawiasz się, czy możesz puścić głośno muzykę, czy możesz głośno śpiewać, czy możesz przesunąć krzesło bez spiny, że obudzisz pół bloku. Zamiast szafy. która musi pomieścić caly Twój dorobek życia, masz wiele miejsc, w których możesz sobie rozłożyć tematycznie swoje skarby :D

Masz garaż, w nim samochód, perkusję. Możesz grać na pierdolonej perkusji. W bloku słychać dźwięk odbijanej pałeczki od gumowego pada do ćwiczeń.

Po południu zrobisz grilla, wypijesz piwko na świeżym powietrzu, gdzie nikt za to Cię nie podpierdoli.

Nie rozumiem, po prostu nie rozumiem jak można będąc dorosłym, mając możliwość mieszkania na uboczu, pchać się do miasta.

Ja wręcz marzę żeby wyjechać gdzieś w pizdu. Bez marketów, bez dziennych korków, bez tego miejskiego pośpiechu, bez nabuzowanych chamów. Marzę o tym całym sercem!

A Wam życzę miłego dnia, prosto z bloku :)